wtorek, 1 września 2015

Wolność w naturze

Od dawien dawna przekonanie to przejawia Alma. Gdy dzieci uroczyście rozpoczynały rok szkolny, my wybraliśmy się na wagary trasą, którą jeszcze nigdy wspólnie się nie przechadzaliśmy.

Frajdy miałem przy tym co nie miara, bo szlak naszej wędrówki wiódł doliną i pagórkami, które co kawałek przecinała rzeka i górskie potoczki.

Zacznę jednak od początku...

Skoro tylko postawiliśmy łapy i stopy na początku szlaku, a zarazem jego rozwidleniu, Alma zatrzymała się na chwilę próbując wsłuchać wsłuchać w las.



Ja zaś  postanowiłem czas ten wykorzystać na wizytę w raju istot niższych i dzień powszedni uczcić wspólną z nimi kąpielą w błocie.Wtem iglica jej wewnętrznego kompasu lekko drgnęła i pociągnęła nas za sobą jedną z cienistych ścieżek. Tą najbardziej dla nas właściwa na ten upalny dzień.



Z początku wędrówki tuż przez nami dolinę podążała para trzymających się za ręce i całujących czule lesbijek z plecakami i karimatką. Zmierzały pewnie na Błotniste Wzgórze lub jak twierdzi Alma w leśne zaciszą, których tu nie brak uprawiać miłość w naturze. Niezależnie od tego dokąd i w jakim celu się kierowały niech im ścieżka przyjazną będzie i nie pogonią ich żadne dziki pod nosem powiedziała Alma.

Skoro już szliśmy tym razem bez osobistej, Ukochanej Lesbijki, z którą Alma przemierzyła już niejedną  życiową ścieżkę, Alma postanowiła trzymać się szlaku....zbaczaliśmy z niego nieco wiedzeni potrzebą schłodzenia się w licznych wodnych ustroniach.


Las szumiał delikatnie melodię o wolności, tuż za leśniczówką, gdzie szlak się wyludnił Alma oswobodziła mój łeb ze skórzanych pęt mych lęków społecznych. Alleluja!!! Można mi łowić głazy spod przezroczystej tafli wody...rzuć kamyczka, rzuć pieskowi!


Dalej dotarliśmy do łaźni Luizy, w której łaknąca luksusu Alma postanowiła urządzić spa dla stóp. Widząc, że ja nie koniecznie garnę się, by z nią zejść do kaskady wodnej, postawiła mnie na warcie w kagańcu jednak. Skoro tylko zauważyłem co się święci, próbowałem ją ostrzec, nie słuchała jednak. I tak zażywająca naturoterapeutycznego masażu stóp luksusowa Alma ( i przezorna, bo torebkę, okulary i telefon na szczycie wodospadu postanowiła ze mną zostawić) nagle runęła z podwójnym toeloopem z obrośniętej mchem półki.



I choć z mojej perspektywy sytuacja wyglądała dość groźnie na szczęście nic jej się nie stało. Chwilę musiała się jeszcze poszamotać z drabinką, by ze spa się wydostać. Gdy postawiła swą mokrą stopę ( i nie tylko stopę) obok mnie odezwała się mniej więcej w te słowy: "Czemuś mi nie przypomniał Brutusie jeden, że przed wsadzeniem nogi w górski potok rusałki trzeba o zgodę poprosić?". Wszak Ci przypominałem i zatrzymać Cię próbowałem w gorącej wodzie kąpana kapłanko, na własną prośbę poszłaś dalej sama.


Dalej ruszyliśmy w górę, dłuuuugą drogą, w czasie której skąpe Almie szaty zdążyły wyschnąć całkiem. W przeciwnym razie musielibyśmy chyba porzucić Almacoche pod lasem i wracać pieszo do domu, bo na siedzenie woźnicy Alma impregnowanej maty samochodowej nie przewidziała.


Wypatrywaliśmy Duchów Lasu, Elfów, gnomów i innych istot nieśmiertelnych (minął nas dwa razy zaledwie jeden biegający w upalne popołudnie śmiertelnik, więc nasze szansa na nadzwyczajne spotkanie znacznie wzrosły).


W samą porę pogrążona w medytacji w ruchu (ktorej strofowana przez terapeutów od czasu rozpoczęcia terapii zaprzestała, nie licząc kilku wyjątkowych sytuacji) Alma, ocknęła się nieco, by skręcić w ścieżkę wiodącą do krainy zamieszkiwanej przez Ludzi Mgły. Mniej więcej pomiędzy Drzewie Życia, a Wiecznym Źródełkiem usłyszeliśmy w zaroślach tuż obok nas tętent. 


Tym razem usta Almy, którą Matka Natura w zawór bezpieczeństwa chyba zapomniała wyposażyć, wyszeptały: "Bądź pozdrowiony Wielki Jeleniu, pozwól nam przejść spokojnie, nie chcemy trapić Ciebie ani innych mieszkańców tego skrawka Lasu." Zwierzę przeszło spokojnie bokiem, choć po odgłosie jaki jego kopyta lub racice wydawały uderzając o leśne runo wydaje nam się, że była to raczej sarna lub co gorsza dzik mierzący mniej wiecej tyle samo co ja.

Kilkanaście metrów doścignął mnie mój własny cień, w tym samym momencie,  Dobrotliwa Matka Ziemia puścił do nas Szmaragdowe Oko w pozdrowieniu.






W drodze powrotnej Alma zaczerpnęła najprawdziwszej kropli beskidu ze źródełka, a tuż przed naszymi stopami ulotne osty zaczęły pierzchnąć.To właśnie znak dla nas, że zaczyna się nasze Almy ulubiony sezon ...babie lato.



Tuż przed tym jak skończyliśmy wycieczkę zdążyło nam się objawić nasz braterstwo dusz. Ciaplałem się właśnie w potoku igrając z promieniami Słońca, gdy Almie przypomniał się identyczny prawie urywek z pewnej dalekiej podróży nazwany przez fotografującą go Kumari tzw. chwilą Sandokana.

Moment, w którym Alma spełniała swoje największe na tamten czas marzenie                       o doświadczeniu bliskości z Mistyczną Potęgą.

...
Związani bardzo z naturą, wdzięczni za to, że Łaskawy Los połączył nasze wędrowne szlaki podążyliśmy w kierunku domu. Przed nam perspektywa kolejnej cudownej jesieni, będziemy się wspólnie tułać, większość weekendów została już zaplanowana dalej lub bliżej od domu.


2 komentarze:

  1. Cudownie!!!! Bylam z Wami! Buziaki Maria

    OdpowiedzUsuń
  2. To może Ty mnie z tej półeczki do wody zepchnęłaś ??? ;)

    OdpowiedzUsuń